Rundka po hipermarkecie zawsze kończyła się dla mnie totalnym załamaniem nerwowym przy półce z wędlinami i pasztetem. Nie potrafię nic poradzić na to, że pasztet kocham miłością aż po grób….

 

 

Jeśli ktokolwiek na tym świecie nie jada pasztetu, to tylko dusze oświecone. Dotknięte bolesnym i skazującym na śmierć głodową lub porzucenie etatu na rzecz podatków rolnych – defektem CZYTANIA ETYKIET.

 

 

W tym miejscu polecam serdecznie http://czytajsklad.com/ – dla mnie niezastąpione źródło rzetelnej informacji o produktach. Niby każdy oczy ma i sam może przeczytać etykietę, a jednak niekiedy przymykamy oczy z wyboru – jak ja przy pasztecie 😉 – i wtedy przydaje się takie „obuchem w łeb” jak tutaj.

 

 

Pasztet zatem?…

 

 

PODLASKI marki DROSED – kurczak ok. 39%, szaleństwo! Poza nieszczęsnym kurczakiem m. in. kasza manna, białko sojowe, cukier, maltodekstryna.

 

 

PROFI – kurczak 29% licząc ze skórkami, niezidentyfikowana ilość wątroby wieprzowej, osobiście podejrzewam, że pod hasłem „przyprawy” może kryć się cukier ;). Standardowo kasza manna i soja.

 

 

KLASYCZNY marki KRAKUS – omnomnom, tutaj mamy nawet syrop glukozowy! Cukier, dekstrozę, fruktozę! Ścięgna i chrząstki pod nickiem „tkanka łączna z kurcząt”. Tłuszcz palmowy. Silną liczebnie grupę składników „E-” 😉

 

 

Może coś z wyższej półki. Może jakiś „spichlerz” albo „staropolski”?…

 

 

Pierwszy z brzegu SPICHLERZ RUSIECKI – nareszcie dużo mięska w pasztecie! Szkoda, że towarzystwo niedoborowe – syrop glukozowy jest, całkowicie utwardzony tłuszcz palmowy – jest, guma guar – jest… oraz kilkanaście niezrozumiałych dla przeciętnego0 konsumenta chemicznych nazw różnych substancji konserwujących, wzmacniaczy smaku, emulgatorów. Odpada!

 

 

Pomijam całkowicie kwestię tzw. MIĘSA ODDZIELONEGO MECHANICZNIE – MOM. Któż z nas nie spotkał się z tym tajemniczym rodzajem mięsa w opisie na etykiecie? MOM „buduje” strukturę parówki, pasztetu, konserwy, wielu pośledniejszych wędlin, kiełbas, fast-foodów oraz gotowej garmażerki – głównie dlatego, że jest bardzo ekonomicznym surowcem. Czymś pół-jadalnym, co pozostaje przyczepione do kości i ścięgien po oddzieleniu części smaczniejszych – mięśni, podrobów – i jest mechanicznie odżynane wraz z kawałeczkami kości, chrząstkami, skórkami, tłuszczem, kawałkami ścięgien, a następnie rozdrabniane, mielone i wysycane chemią w celu zakonserwowania (tkanka łączna i tłuszcz są nietrwałe mikrobiologicznie, najbardziej podatne na utlenianie, szczególnie jako masa drobnocząsteczkowa) – a także podniesienia wątpliwych walorów smakowych. MOM zatem z definicji już jest surowcem pośledniej jakości, zubożonym odżywczo i naszpikowanym sztucznymi dodatkami. Tymczasem w produkcie często stanowi „trzon” składu, podczas gdy bardziej wartościowe części pozostają zaledwie dodatkiem (rzędu kilku procent zawartości).

 

 

Dobry skład to – krótki skład!

 

 

… oraz zrozumiały. Ja widzę to tak – białe mięso z drobiu 50%, wątróbka drobiowa 30%, serca z kurcząt 20%, sól ;). Albo tak: wątróbka z kurcząt 30%, mięso wieprzowe z szynki 30%, soczewica zielona 20%, puree warzywne 20%, sól. Albo – warzywa strączkowe 50%, puree warzywne 50% (marchew, pietruszka, pomidor, cebula, zioła, przyprawy) – z adnotacją BEZ DODATKU CUKRU, żeby nikt nie podejrzewał poczciwych przypraw o kolaborację z wrogiem :).

 

 

Bądźmy radykalni.

 

 

Tak – radykalni zawsze, gdy stawką jest nasze zdrowie, i to zdrowie rozumiane jako stan dobrobytu, nie po prostu chwilowy brak chorób. Nie zgadzajmy się na kompromisy (ok, wezmę ten, mają tak samo dużo chemii, ale ten nie zawiera soi przynajmniej). Jeśli coś wydaje nam się niezdrowe i bez wartości, to tego NIE KUPUJMY!! Zróbmy sobie sami!

 

 

Pasztetowe DIY, czyli jedz jak lubisz zamiast lubić z braku laku

 

 

Zrobienie pasztetu zajmie Ci pewnie pół dnia, ale zrobisz go duży zapas. Twój pasztet będzie miał krótki skład i smak, jakiego oczekujesz od pasztetu. Nie będzie zawierał niczego, co Cię alergizuje. Będzie superhiper-bio-eko. Za cenę niższą niż tesco value, gdybyś się pokusił o wyliczenia. A jeśli masz dzieci, to spokojnie pozwól im wyjadać go łyżeczką!

 

 

Jako bazy użyj mięsa (dla pasztetów mięsnych) lub warzyw strączkowych (dla pasztetów wege). Baza to przynajmniej połowa wszystkich przewidzianych składników (wagowo).

 

 

Jako dodatków użyj warzyw, suszonych i świeżych grzybów, podrobów.

 

 

Jako aromatów – ziół i przypraw.

 

 

Mięsa lub/ i  warzywa strączkowe ugotuj do miękkości. Pod koniec gotowania dodaj warzywa. Staraj się gotować w niewielkiej ilości wody lub np. w parowarze. Ugotowane składniki odcedź i ostudź, dopraw, a następnie przepuść przez maszynkę – raz dla pasztetów o „zadziornej” konsystencji, 2-3 razy jeśli pasztet ma być aksamitnie gładki. Skosztuj i w razie konieczności jeszcze dopraw. Pasztetem wypełnij czyste, wyparzone słoiki, a gdy ostygnie całkowicie – zapakuj nadprodukcję do zamrażalnika 🙂

 

 

Słoiki można także pasteryzować w cyklu 3-dniowym (gotujemy odpowiednio 90, 60, 60 minut przez 3 kolejne dni), lecz nie da nam to 100% pewności, że przetrwają świeżutkie – dlatego ja osobiście polecam raczej mrożenie 🙂

 

 

Ot i cała filozofia!

Smacznego!

 

One comment on “ALE PASZTET! – czyli syndrom czytania etykiet, zdrowy radykalizm oraz DIY

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *