Pół-żartem, pół-serio…

 

 

Czy wiesz, że tracąc masę tłuszczową – z punktu widzenia biologii i ewolucji działasz na niekorzyść gatunku?

 

 

Odbyłam na ten temat wstrząsająco odkrywczą tudzież stanowiącą duże wyzwanie dialektyczne rozmowę z zaprzyjaźnionym biotechnologiem. Było głośno, ekspresyjnie, polemicznie – tak to lubię dyskutować!

 

 

P. jest naukowcem, który postrzega organizm żywy lub populację danego gatunku zerojedynkowo. Działa – ok, nie działa/ szwankuje – nie ok. Ewoluuje – ok., nie ewoluuje/ mutuje – już po niej. Rzucił mi przekornie w twarz, że żyję z prowadzenia populacji ku zagładzie, bo głównie zajmuję się odchudzaniem osobników rokujących tejże populacji (przetrwaniu gatunku!) najlepiej, czyli dysponujących podwyższonym BMI. Po czym w ogóle zanegował BMI jako wyznacznik czegokolwiek, mnie jako specjalistkę od czegokolwiek, istnienie nadwagi jako takiej w ogóle, ogólnie kosmos.

 

 

Zareagowałam szczerym oburzeniem, no bo jak to tak?! Ja ratuję ludzi od zagłady, a nie prowadzę w przepaść! Ja pomagam, leczę, wskazuję alternatywy, zmieniam jakość życia! Walczę jako ten Don Kichot z chorobami cywilizacyjnymi, z przyczynami zawałów, z postępującą chemizacją przemysłu spożywczego, z fast foodem…!

 

 

I poszło szeroko na temat wzorców idealnych – teraz i przed naszą erą, i hen daleko w przeszłość. Cofnął mnie P. z rozmachem do epoki kamienia, gdzie szczupły heros z six-packiem stanowiłby sam dla siebie nie lada kłopot – bo utrzymanie muskulatury to wysoki wydatek energetyczny, bo brak mu w tym odtłuszczonym, żylasto-mięśniastym ciele magazynu energii na czas głodu – tkanki tłuszczowej, bo w chłodne noce marznie (produkcja ciepła bezpośrednio warunkowana objętością i masą ciała) i jeszcze więcej traci tej życiodajnej energii…

 

 

No właśnie – życiodajnej, więc na wagę złota. Wiele mówi się teraz o nadwadze i otyłości jako epidemii naszych czasów, chorobie populacyjnej, jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla dobrostanu gatunku. Nie wspomina się, że gromadzenie tkanki tłuszczowej jest czymś, co odróżnia nas od innych gatunków i to właśnie ta fundamentalna mutacja metaboliczna – przyspieszenie przemiany materii skutkujące tendencją do odkładania tkanki tłuszczowej jako potencjalnego zabezpieczenia potrzeb mózgu w okresie niedostatku – wiele setek tysięcy lat wstecz zadecydowała być może o tym, że nasze mózgi zaczęły rosnąć. Albo odwrotnie – rosnący i rozwijający się mózg, największy konsument energii spośród wszystkich narządów (zużywający aż 20% zapotrzebowania kalorycznego), spowodował mutację, która ma go chronić i odżywiać.  W tym kontekście – redukując dietą poziom tkanki tłuszczowej – osoby takie jak ja sprzeciwiają się poniekąd EWOLUCJI 😉

 

 

No bo  –  czego potrzeba nam, aby przetrwać BEZ cywilizacji?

Jakich atrybutów?

 

 

Siły i mięśni? … nieeee, przerośnięte mięśnie to fanaberia naszego organizmu i wytwór czasów dobrobytu. Gdyby były priorytetem dla przetrwania, rosłyby nam same, w oczach niemal – bez konieczności stosowania precyzyjnie dobranych planów treningowych, godzin wysiłku na granicy wytrzymałości, skomplikowanych rozpisek dietetycznych, posiłków przed- i potreningowych, naprzemiennych faz masy i redukcji, konieczności rzeźbienia, odtłuszczania, optymalizowania procesów za pomocą wachlarza supli i odżywek. Siła natomiast nie zawsze idzie w parze z wytrzymałością, zwinnością, szybkością. Zanim dostaniesz szansę, by chwytem za rogi skręcić kark bizona – musisz go schwytać. Zanim skręcisz mu kark, musisz tych rogów dosięgnąć – uniknąć niezręcznej sytuacji, że to one dosięgną cię pierwsze.  A jeśli przez moment pomyślisz zamiast ślepo ufać mięśniom i sile – to raczej ciśniesz oszczepem niż staniesz do walki wręcz :).

 

 

Poza tym – ile zostanie z mięśni i supersiły mięśni po tygodniu bez białka, tłuszczu? O węglach w ogóle zapomnij, jest zima, nie ma węgli. Nieważne, ile wciąż jeszcze mógłbyś wziąć na klatę. Ważne, że słabniesz z dnia na dzień, własnym białkiem mięśniowym karmiąc układy, które decydują o tym, że żyjesz, czy żyjesz. Bo brak Ci zasobów innych niż mięśnie.

 

 

A przecież tkanka tłuszczowa służy nam nie tylko jako magazyn oraz termoizolacja – oprócz tego pełni dziesiątki innych ważnych funkcji w ciele ludzkim. Bez tłuszczu bylibyśmy pozbawieni czterech ważnych witamin, runąłby nasz układ hormonalny, odpornościowy, nerwowy, metabolizm. Oszukując własne ciało w szale restrykcyjnych diet odtłuszczających, głodówek, detoksów, ciężkich treningów obliczonych na uzyskanie pięknej, wręcz anatomicznej rzeźby i nadludzkiej sprawności – niszczymy właściwie siebie. Promując taki lifestyle, nienaturalne wzorce i fałszywe przekazy  – wpływamy na poglądy pokolenia. Zmieniając pokolenie – zmieniamy przyszłość…

 

 

 

 

W biologii obowiązuje wiele niepodważalnych reguł, którym bez żadnej dyskusji podporządkowane są organizmy żywe.

Reguły zwerbalizowali naukowcy – na podstawie badań, statystyk, obserwacji – jednak one same były od zawsze nadrzędne, ponieważ wywodzą się z odwiecznych praw fizyki, chemii – coś jest takim, jakim jest, bo dostosowało się w swojej ewolucji możliwie dobrze do panujących warunków. Np. osobniki o zmniejszonej masie w stosunku do powierzchni  (…my po diecie zakończonej utratą 20 kg, tj. ten sam wzrost, nieznacznie mniejsza „powierzchnia” i dużo niższa masa) są automatycznie bardziej narażone na wychłodzenie , więc muszą produkować więcej ciepła –  więc  tempo ich metabolizmu musi być szybsze – więc potrzebują stosunkowo dużo pokarmu i bez pokarmu szybciej giną niż osobniki o masie wyższej – więc z punktu widzenia przetrwania gatunku wartościowsze są osobniki cięższe! Jednocześnie skoro siła mięśnia zależy bezpośrednio i liniowo od jego grubości (konkretnie – od powierzchni jego przekroju), to załóżmy, że zwiększamy tę grubość razy x i do tego chudniemy z tkanki tłuszczowej (my po cyklu masa+ redukcja) – co się dzieje? Mięśnie rosną i na ich utrzymanie wydatkujemy więcej energii, a jednocześnie pozbywamy się magazynu tej energii i skazujemy samych siebie na konieczność jej dostarczania, regularnie i we właściwych porcjach – na bieżąco z pożywienia. Jeśli nie dostarczymy – lecą nam mięśnie (organizm czerpie energię z białek), słabniemy. I teraz tak – teoretycznie nie ma z tym problemu w 21 stuleciu (z dostarczaniem na bieżąco), ale gdyby nastąpiła apokalipsa i nasz gatunek znalazłby się na krawędzi zagłady (katastrofa nuklearna?, zderzenie kosmiczne?, cywilizacja w gruzach, „wąskie gardło” – bywało już tak przecież) – to okaże się nagle, że BIOLOGICZNIE to krępy facet z nadmiarem tłuszczu ma większe szanse na przetrwanie niż wyrzeźbiony kulturysta. Co brzmi jak absurd – jest jednak konkluzją wynikającą z logicznego rozumowania, opartą na prawdzie ewolucyjnej, na prawach natury. To wszystko w pewien sposób uzasadnia tzw. paradoks otyłości i różne statystyki, które mówią, że najmniej narażone na przedwczesny zgon są jednostki z nadwagą (BMI 25-30), ryzyko takiego zgonu w grupie z umiarkowaną otyłością i w grupie z „prawidłowym” BMI – jest akurat porównywalne, a najbardziej narażone pozostają osobniki z niedowagą oraz dużą otyłością, czyli dwa przeciwległe bieguny i skrajności…

 

 

Oczywiście rozumowanie takie ma prawo bytu tylko w teorii, gdy celowo deprecjonujemy zmienne typu obciążenia genetyczne, wypadki losowe, powikłania pozabiegowe, połóg, częściowo także nowotwory, choroby zakaźne, ryzyko zachorowań na określone jednostki chorobowe w wyniku zawyżonej masy ciała. Albo fakt, że my nie polujemy na bizony, żeby się najeść, nie musimy więc poświęcać wytworzonej czy zmagazynowanej energii na zdobycie następnych źródeł energii. My mamy energię dostępną bezwysiłkowo w każdym spożywczaku i hipermarkecie.

 

Podsumowanie?

 

 

Przekorne. Kwestia skali, dystansu. Punkt widzenia zmienia się wraz z perspektywą – dzisiaj, tutaj wydaje się nam, że spalając tłuszcz i budując mięśnie czynimy nasze ciała wytrzymalszymi, wydłużamy sobie życie, zapewniamy lepszą starość, zaszczepiamy dobre wzorce potomnym. I to prawda jeśli perspektywą jest jedno życie, jedno pokolenie, jedna cywilizacja. Gdyby jednak pokusić się o dystans i spojrzeć  z perspektywy przetrwania  gatunku, okiem bezlitosnej zerojedynkowej biologii, biochemii, fizjologii i fizyki – robimy sobie dietą redukcyjną  krzywdę, sobie = ludzkości w wymiarze ewolucyjnym. Stwarzamy ryzyko. Mutujemy jak nowotwór w niczego jeszcze nieświadomym ciele, namnażamy się, ruszamy pod prąd…

 

 

Pisząc powyższe nie mam żadnego zamiaru dydaktycznego. Wciąż jestem dietetykiem, który wierzy w uzdrawiającą ciało i ducha moc diety. Po prostu chciałam podzielić się z Wami obrazem  starcia dwóch biegunowo różnych światopoglądów, dwóch skal, dwóch spojrzeń na to samo zagadnienie – przez mikroskop i z orbity ziemskiej. Różne wnioski, różne prognozy – żadnych absolutnych prawd…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *